Tybetańska księga umarłych
Pod takim tytułem obecnie w kinach wyświetlane są te dwa filmy w pakiecie.
Ma to tę wadę, że w obu filmach powtarzane są te same podstawowe informacje, a także schemat fabularny: ktoś umiera, odwiedzają go mnisi (a także scena kremacji). To jeszcze można przetrzymać, gorzej że w obu dostajemy też tandetną muzykę (saksofon, pianino, trochę perkusji rozpuszczone w "niebiańskim" pogłosie), szlachetnie nadętego i niewzruszonego lektora (o! Leonard Cohen) i porcję "pięknych widoczków".
Ci którzy liczyli na szersze przedstawienie,, omówienie albo analizę, komentarze nt. tytułowego dzieła, mogą być zawiedzeni. Z chęcią dowiedziałbym się więcej o autorze tekstu (może jakiś zarys ówczesnej sytuacji ?) albo co też takiego ciekawego odnalazł w nim Jung. Zamiast tego jestem przekonywany, że "to działa" - przez zestawienie ujęć z Dalajlamą opowiadającym o księdze i z umierającym w hospicjum, który po wysłuchaniu jej fragmentów stwierdza, że zaakceptował swoją śmierć.
Pierwszy film ("A Way of Life") nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale i tak okazał się lepszy niż drugi. Z niego przynajmniej można było się czegoś dowiedzieć o zwyczajach pogrzebowych.
Drugi ("The Great Liberation") natomiast obfituje w nieudane, new-age'owe, czasem wręcz groteskowe animacje, najgorzej wypada ich nakładanie na "rzeczywistość". Zupełnie nie przystają one do powagi treści a nie sądzę, że miały rozładowywać napięcie.
Całość wywołuje wrażenie trochę bogatszej amatorszczyzny: jakość obrazu jest średnia, nie ma żadnych pomysłowych ujęć, montaż jest zupełnie standardowy i nie spożytkowany jako środek opowiadania.
Żeby narzekanie było pełne, muszę wspomnieć o kilku błędach czy nieudolnościach w tłumaczeniu na polski.
Zaloguj się aby skomentować
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook